|
Fotografia Moje
Życie
Wywiad z Pawłem Pierścińskim
Łukasz Zarzycki - Fotografuje Pan od pięćdziesięciu lat. Skąd się wzięła
i bierze w Panu potrzeba fotografowania?
Paweł Pierściński - Jest to jedno z najprostszych pytań, na które najtrudniej
odpowiedzieć. Moja droga do fotografii była typowa dla młodych ludzi.
Poznają oni fotografię, przeżywają emocje związane z momentem powstawania
obrazu, ulegają magii tego procesu. Oczarowanie u większości osób mija.
W przypadkach szczególnych fotografia zwycięża i staje się życiową pasją.
Należę do tych wyjątków. Już w szkole średniej rysowałem z natury oraz
interesowałem się matematyką, uczestniczyłem w szkolnych olimpiadach
matematycznych. Ich organizator prof. Sierpiński był w późniejszych
latach moim wykładowcą matematyki na Politechnice Warszawskiej. W krajobrazie
odkryłem linie i struktury matematyczno-geometryczne. Narysowane wyglądały
one sztucznie i nieprawdziwie. Okazało się, że do ich zapisania świetnie
nadaje się fotografia. To spostrzeżenie związało mnie z krajobrazem
i z fotografią. Wielkim przeżyciem dla mnie było odnalezienie pola
wyoranego w kształcie dzbana iłżeckiego (1954 r.) oraz innych pól wyoranych
w kształcie trójkątów, prostokątów i trapezów, a nawet regularnej "Sinusoidy"
(1956 r.) rozpiętej na synklinie i antyklinie wzgórza. Fotografię tą
uważam za początek Kieleckiej Szkoły Krajobrazu. To zdjęcie w sposób
szczególny połączyło kielecką fotografię z dokonaniami polskiej szkoły
fotografii dwudziestolecia międzywojennego.
Ł.Z.- Powróćmy do rysowania.
P.P.- Narysowanie pola w kształcie kwadratu budzi w widzach przekonanie,
że jest to manipulacja artysty. Natomiast sfotografowanie tego samego
pola jest sposobem udokumentowania autentycznej struktury krajobrazu.
Profesor Władysław Tatarkiewicz napisał, że głównym osiągnięciem kieleckich
fotografów jest sprzężenie drobnego wzoru poletek ze świętokrzyską przestrzenią.
Profesor zastanawiał się, dlaczego tych pól nie malowali malarze, dlaczego
fotografowie byli pierwszymi, którzy podjęli i zrealizowali ten temat.
Tworzywo fotograficzne w znakomity sposób zobrazowało unerwienie graficzne
krajobrazu, którego nie można porównywać z jakimkolwiek miejscem na
ziemi.
Ł.Z.- Czyli nasze piękne Góry Świętokrzyskie stały się głównym motywem
Pana fotografii?
P.P.- Góry Świętokrzyskie postrzegam jako pomnik krajobrazu polskiego,
Na naszej ziemi odnajduję wszystkie cechy polskiego pejzażu. Ziemia
Kielecka jest jakby cząstką hologramu, w niej jest właściwie wszystko,
i wielka różnorodność pejzażu, i szata roślinna z dominującymi motywami
polnych dywanów zwanych niekiedy kieleckimi pasiakami lub polnymi szachownicami.
Ta najbardziej charakterystyczna cecha polskiego krajobrazu rolniczego
jest wynikiem historycznego rozdrobnienia i podziału ziemi uprawnej,
a jednocześnie dowodem swoistego zacofania polskiego rolnictwa. Geometryczne
formy niewielkich poletek nadają krajobrazowi niezwykłe piękno i wyróżniają
pejzaż Polski spośród innych krajobrazów na Ziemi, Bowiem takich pól
gdzie indziej nie ma.
Ł.Z.- Boi się Pan, że zmiany, które następują w naszym kraju, spowodują,
że poletka zaczną ginąć, będą scalane w jakieś większe...
P.P.- Już to obserwujemy i to w drastycznej formie. Krajobraz kielecki
został ukształtowany przez rolnika, który posługiwał się koniem i prymitywnymi
narzędziami. Pozwoliły mu one uprawiać poletka położone na stromych
pagórach świętokrzyskich. Obecnie używane traktory nie mogą wszędzie
wjechać. Część pól zamieniła się w ugory zarośnięte krzewami i drzewami
(sosna, brzoza, olcha). Krajobraz zmienił swoje oblicze. Już w czasach
komunistycznych istniały plany zalesienia Gór Świętokrzyskich jako
terenu nie nadającego się do uprawy kolektywnej. Obecnie, przed wejściem
Polski do Unii Europejskiej zapowiedziane jest scalanie gruntów. Krajobraz,
jaki widziałem w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych już nie
istnieje. Krajobraz ten pozostał na fotografiach Kieleckiej Szkoły Krajobrazu,
która utrwaliła pewną chwilę w historii krajobrazu świętokrzyskiego,
a ja mówię polskiego.
Ł.Z.- A jakie są jeszcze zadania fotografa?
P.P.- Powołaniem fotografa jest dokumentowanie unikalnego wyglądu świata
w celu zachowania jego obrazu dla następnych pokoleń. Obserwuję funkcjonowanie
starej fotografii. Wzbudza ona zainteresowanie naszego pokolenia wyłącznie
wtedy, gdy dotyczy spraw i tematów ponadczasowych, czyli opowiada o
człowieku i jego otoczeniu. I tak jest również z fotografią tworzoną
współcześnie: przetrwa ona i będzie interesowała naszych potomków,
jeżeli utrwalimy na niej wygląd naszego miejsca na ziemi, nasze tu i
teraz. Każdy obraz fotograficzny oprócz warstwy znaczeniowej zbudowany
jest z elementów estetycznych. W różnych okresach historycznych twórcy
- fotografowie przywiązują wagę do wartości dokumentalnych. Z czasem
narasta potrzeba kreacji artystycznej i w dziełach zaczynają przeważać
elementy estetyzujące. Na gruncie fotografii trwają i ścierają się dwa
prądy: dokumentalny i estetyzujący. Po latach poszukiwań formalnych
wzrasta zainteresowanie faktami. Trwa osobliwe falowanie idei.
Ł.Z.- Który z tych czynników - estetyczny czy ten dokumentalny według
Pana przeważa?
P.P.- Każde dzieło fotograficzne zbudowane jest z elementów dokumentalnych
i estetycznych zarazem. Raz w fotografii przeważają akcenty dokumentalne,
a następnie artyści wykazują potrzebę kreacji artystycznej i umieszczają
w dziele elementy rozważań intelektualnych i wyczynu artystycznego.
Falowanie idei można obserwować w pracy każdego artysty, w pracy każdego
pokolenia artystów, wreszcie w przemienności kierunków artystycznych.
Falowanie idei od dokumentu do estetyki jest czymś niesłychanie charakterystycznym
dla fotografii. Nie da się określić, co jest ważniejsze: estetyka czy
dokumentacja. Sporną kwestię rozstrzyga czas, który jest najważniejszym
probierzem wartości dzieł. Prawdziwego znaczenia nabiera dokument. Inne
tematy są wykorzystywane przez fotografów jako etiudy, pozwalają na
doskonalenie warsztatu artystycznego, a w perspektywie dziejowej przepadają,
albo są traktowane jako swoista ciekawostka znacząca kolejny etap w
rozwoju artystów lub grup twórczych. Właściwy rytm sztuki fotograficznej
wytyczają tematy ponadczasowe.
Ł.Z.- Następuje teraz era cyfryzacji, czyli coraz bardziej rozpowszechniają
się aparaty cyfrowe, możliwości komputerowe, multimedialne. Jaka jest
przyszłość fotografii ? Jak Pan sądzi, czy w związku z tym, że świat
będzie się coraz bardziej rozwijać, to czy fotografia cyfrowa wyprze
fotografię tradycyjną?
P.P.- W swoim życiu przeżyłem kilka przełomów fotograficznych. Mianowicie
fotografię czarno - białą zastąpiła fotografia barwna. Obecnie jesteśmy
świadkami kolejnego przewrotu w fotografii, największego, ale z pewnością
nie ostatniego. Przewrót "cyfrowy" stał się faktem, w każdym zakładzie
fotograficznym, nawet na głębokiej prowincji działają aparaty cyfrowe
i drukarki pozwalające osiągnąć już znakomite rezultaty techniczne.
Wielu wybitnych fotografów przeszło prawie wyłącznie na nośniki cyfrowe.
Wyrażam przekonanie, że nie da się zmienić biegu historii, że fotografia
cyfrowa jest dziedziną, która zapowiada kolejne przemiany technologii
zapisu obrazów. Należy spodziewać się nowych rozwiązań w holografii,
może w fotografii laserowej, a może w innych, jeszcze nieznanych rozwiązaniach
technicznych. Towarzyszy mnie świadomość, że są to procesy nieuchronne.
Swoim przekonaniom dałem wyraz w serii artykułów i wywiadów udzielonych
w roku stupięćdziesięciolecia fotografii. Od swojego środowiska fotograficznego
otrzymałem krytykę a nawet epitety np. "Ty nie kochasz fotografii".
A tymczasem nie o miłość tu chodzi. Życie już za kilka lat potwierdziło
moje przewidywania, nastąpił w fotografii przełom "cyfrowy". Czy fotografia
srebrowa będzie trwała równolegle? Być może przetrwa w pracowniach artystów
i nadal będzie pokazywała unikalny wygląd świata. Bowiem takiej możliwości
ukształtowania powierzchni dzieła - jaką daje fotograficzny obraz srebrowy
- nie daje żadna technika, ani graficzna, ani plastyczna, ani też obraz
zapisany cyfrowo.
Ł.Z.- Co zadecydowało, że zajął się Pan także fotografią kolorową?
P.P.- Pojawiła się nowa możliwość fotografii, którą należało zbadać
i ocenić jej przydatność w praktyce. Sądzę, że fotografia barwna znacznie
powiększyła możliwości fotografii dokumentalnej, wprowadzając informację
o barwach. Bardzo szybki rozwój fotografii kolorowej i jej udoskonalenie
sprawiły, że stała się ona znakomitym narzędziem w rękach fotografów.
Ł.Z.- Kto wprowadzał Pana do zawodu, kto był takim mistrzem?
P.P.- Nikt mnie nie wprowadzał, sam się uczyłem. Wszystko opanowałem
jako samouk.
Ł.Z.- Na pewno miał Pan jakieś kontakty z albumami, publikacjami...
P.P.- W latach pięćdziesiątych w prowincjonalnych Kielcach nie było
praktycznie żadnych możliwości sięgnięcia po fachową prasę fotograficzną
nie mówiąc o albumach czy almanachach fotografii. Nie było również podręczników
fotograficznych, nawet tych dla amatorów. Nie docierały do mnie modne
w Polsce prądy artystyczne. Z fotografiami innych autorów zetknąłem
się później, już w okresie studiów na Politechnice. Już wtedy miałem
wykrystalizowaną postawę, wybrałem własną drogę. W fotografii realizowałem
własny program artystyczny. Poświęciłem się badaniom różnych aspektów
krajobrazu świętokrzyskiego.
Ł.Z.- Czyli nie było takiej osoby, która by Pana wprowadzała do zawodu
...
P.P.- Nie było. Nikt mnie nawet nie pokazał, jak wykonuje się najprostsze
czynności w laboratorium fotograficznym. W latach pięćdziesiątych nie
było właściwie nic. Ani literatury, ani sprzętu. Fotograf dysponował
jedynie dosyć kiepskimi filmami polskiej produkcji (filmy NRD pn. "Agfa",
a potem "ORWO" były trudnodostępne) i papierami z Bydgoskiego "Fotonu".
Pierwsze filmy wywoływałem w salaterce o kształcie kwadratu, a powiększenia
wykonywałem na własnoręcznie skonstruowanym powiększalniku ze sklejki.
Przy pomocy takiego sprzętu ciężko było uzyskać poprawne wyniki. Dopiero
w latach sześćdziesiątych na rynku pojawiły się polskie powiększalniki
"Krokus" i poprawiła się jakość polskiego papieru fotograficznego.
Od tego czasu można mówić o rozwoju fotografii, jednakże polscy autorzy
mogli tylko marzyć o specjalistycznym sprzęcie profesjonalistów zachodnich.
Już wtedy wśród młodego pokolenia polskich fotografów narastała potrzeba
konfrontacji prac z dokonaniami innych twórców w kraju i zagranicą.
Zauważyłem, że moje krajobrazy nie były akceptowane na wystawach krajowych.
Był to okres, w którym fotografia krajobrazu polskiego była namiętnie
zwalczana przez krytykę artystyczną. Temat określono jako anachroniczny,
zaliczono do "Lamusa sztuki". Żaden szanujący się artysta nie podejmował
tego tematu. Na wystawach fotograficznych w Polsce widziało się mało
pejzaży. Już wtedy nie zgadzałem się z opinią krytyków, sądziłem, że
nie można zubażać sztuki fotograficznej o temat będący koronną specjalnością
naszej polskiej sztuki fotograficznej (tradycja fotografii ojczystej).
Swoje prace wysłałem na wystawy międzynarodowe. Akceptacje, dyplomy
i medale utwierdziły mnie w przekonaniu o słuszności mojej postawy.
Całe swoje życie poświęciłem walce o nadanie fotografii krajobrazowej
właściwej rangi. Obecnie sytuacja wraca do normy. Krajobraz stał się
ważnym tematem pracy polskich mistrzów kamery, jest również obecny na
warsztacie awangardy, a młodzi fotografowie nie muszą się wstydzić z
powodu uprawiania fotografii ejzażowej. Do historii przechodzą czasy
kierowania sztuką.
Ł.Z.- Kto kierował sztuką?
P.P.- W latach pięćdziesiątych pojawiły się tendencje kierowania pracą
środowisk twórczych. Funkcje kierownicze wypełniali sami artyści. Idee
socrealizmu szerzyli prof. Zbigniew Dłubak, prof. Janusz Bogucki, prof.
Zbigniew Pękosławski, Adam Johann i inni. Po październikowej odwilży
(przełom lat 1950/60) zainteresowania twórców kierowano na abstrakcję,
a następnie na fotografię subiektywną, kreacyjną i poszukującą. A później
pojawiły się rozmaite odmiany awangardy. Na czym polegało kierowanie
sztuką? Moim zdaniem celem "jedynie słusznej" sztuki było oderwanie
twórców od tematyki opisującej ludzi i świat. Zamiast tematów ponadczasowych
uwagę twórców kierowano na obszary poszukiwań estetycznych oraz formułowano
potrzebę badania fotografii jako medium. Wielu artystów przyjęło hasła,
które stwarzały wrażenie nowości i nowoczesności. Dopiero wielki przełom
społeczno-gospodarczy lat osiemdziesiątych ujawnił miałkość programu
awangardowego, co dla niektórych twórców stanowiło osobistą porażkę.
Twórcy polscy zwrócili uwagę na problemy życia społecznego, a w sztuce
polskiej zarysowały się tendencje powrotu do klasycznych, ponadczasowych
wartości: głównym tematem dzieł stał się (jak przed laty) człowiek i
jego otoczenie. Jednakże grupa awangardy nadal przywołuje znane hasła,
niekiedy zmodyfikowane postulatami "powrotu do źródeł", których realizacja
na gruncie fotografii nadal opiera się na układach personalnych. Według
jej autorów i przywódców neoawangarda skupia najwybitniejszych artystów
i najwybitniejsze dzieła. Reszta się nie liczy. Osobiście nie neguję
potrzeby eksperymentu w sztuce, jednakże przerost ambicji artystów
awangardy uważam za nieuzasadniony.
Ł.Z.- Ale wydaje się, że czasy są już inne ...
P.P.- Kapłani awangardy nadal kierują sztuką polską. Nadal w polskiej
fotografii działa grupa "słusznych" artystów tworzących "jedynie słuszne"
dzieła. Przypomina to sytuację z okresu realizmu socjalistycznego.
Kolejnymi przemianami nadal sterują ci sami ludzie. Nie wiem, czy zmiany
w tej materii są możliwe, podejrzewam, że opisane mechanizmy są związane
z polityką.
Ł.Z.- Wracając do początków Pana fotografii, studiował Pan w Warszawie
i tam też prowadził Pan działalność fotograficzną.
P.P.- Po rozpoczęciu studiów na Wydziale Budownictwa Lądowego Politechniki
Warszawskiej zamieszkałem w Domu Akademickim przy Placu Narutowicza.
Wspólnie z innymi Kolegami utworzyliśmy nieformalną grupę fotograficzną
skupioną wokół pracowni fotograficznej. Naszym celem była wspólna praca,
podnoszenie umiejętności warsztatowych oraz wysyłanie fotografii na
wystawy krajowe i międzynarodowe. W roku 1960 nasza grupa przystąpiła
do Studenckiego Klubu pn. "Stodoła". Uzyskaliśmy pomoc w formie zwrotu
kosztów przesyłek pocztowych. Spotkania Artystycznej Grupy Fotograficznej
"Stodoła 60" odbywały się w siedzibie "Stodoły" przy ul. Trębackiej
w Warszawie, Już niedługo pojawiły się pierwsze sukcesy, akceptacje
prac na wystawach i trofea w formie dyplomów i medali. Między innymi
mój fotogram pn. "Sinusoida" otrzymał medal na VIII Europejskiej Wystawie
Fotografii w Lund (Szwecja) w 1962 roku, był to również pierwszy medal
w fotografii kieleckiej.
Ł.Z.- Po studiach wrócił Pan do Kielc. Dlaczego?
P.P.- W latach sześćdziesiątych obowiązywały nakazy pracy. Podejmując
studia w specjalności "mosty i budowle podziemne" planowałem pracę w
Przedsiębiorstwie Budowy Metra, którego dyrektorem był jeden z moich
wykładowców. Rozpoczęty odcinek linii metra został zamknięty, a projekt
budowy metra nie doczekał się realizacji. Powróciłem do Kielc i podjąłem
pracę w przedsiębiorstwach Kieleckiego Zjednoczenia Budownictwa. Po
kilku latach zerwałem z wyuczonym zawodem, wybrałem twórczość fotograficzną
i wykonuję zawód artysty fotografika.
Ł.Z.- Czy nigdy Pan nie żałował tego, że Pan wrócił tutaj?
P.P.- Nie. W tamtych czasach nie było możliwości studiowania fotografii.
Wybrałem drogę typową dla moich kolegów. W naszym Związku Polskich Artystów
Fotografików zrzeszeni są ludzie o różnych zainteresowaniach i zawodach.
Łączy nas umiłowanie fotografii.
Ł.Z.- Pana zdjęcia znajdują się w wielu albumach, katalogach czy publikacjach,
które promują miasto. Co Pan myśli o Kielcach, o mieście?
P.P.- Z Kielcami Jestem związany z urodzenia i z wyboru. Uważam, że
to miasto jest piękne. Ł.Z.- Tak jak Ja.
P.P.- Jest to również miasto fotogeniczne. Spotykam w nim wiele tematów
do fotografowania i do indywidualnej interpretacji. Przy wykonywaniu
portretu miasta ważną sprawą jest wkład pracy fotografa, który pozostawia
własną cząstkę w każdym wykonywanym zdjęciu. Dobre fotografie winny
posiadać cechy autorskie swojego twórcy.
Ł.Z.- Jak Pan dobierał tematy ? Na pewno, aby zrobić takie zdjęcia
jak Pan robił, trzeba było dużo podróżować i chodzić po regionie ...
P.P.- Bardzo dużo. Ziemię Kielecką wybrałem jako krainę, w której realizowałem
wszystkie ważne doświadczenia artystyczne. Poznawałem swoją ziemię,
przemierzyłem wiele szlaków i bezdroży, podróżowałem pieszo, rowerem,
motocyklem i samochodem. Poznawałem wygląd krajobrazu w różnych warunkach
atmosferycznych, w różnych porach dnia i roku. Swoje przeżycia zapisywałem
na materiale światłoczułym. Poznawałem tajniki ziemi kieleckiej i określałem
własne preferencje tematyczne. Głównym bohaterem moich fotografii pozostała
ziemia. Dałem temu wyraz umieszczając w katalogu mojej pierwszej wystawy
indywidualnej fotografii pn. "Portret Ziemi Kieleckiej" (Warszawa 1962
r.) znamienne motto : "Jeżeli któraś z przedstawionych prac zyska uznanie
widza, będzie to niewątpliwie zasługą kieleckiego krajobrazu". Na wystawie
wyodrębniłem osobny dział pn. "Geometria krajobrazu", w którym zaprezentowałem
wyniki kilkuletnich poszukiwań tej istotnej cechy polskiego - kieleckiego
krajobrazu. Wystawa otrzymała recenzję w FOTOGRAFIE, Niemcy, 1963 nr
8 (Günter Schmerbach. "Ein Interesanter Abend in Warschau"). Oprócz
poszukiwania geometrii zrealizowałem wiele cykli poświęconych badaniom
różnych cech naszego krajobrazu. Na tym nie kończy się moja aktywność
twórcza. Dostrzegając swoistą niemoc i tendencyjność polskiej krytyki
fotograficznej rozpocząłem działalność publicystyczną i krytyczno -
teoretyczną. Od 1976 roku opublikowałem ponad 500 pozycji w fachowej
prasie fotograficznej, w prasie kulturalnej i codziennej, a także w
katalogach wystaw. Ponadto napisałem zbiór ponad 150 wierszy pn. "Pagór",
w których zawarłem obserwacje i przeżycia związane z krajobrazem, a
nie dające się sfotografować. Część wierszy była wydrukowana na arkuszach
poetyckich oraz w kieleckich almanachach poetyckich.
Ł.Z.- Jakimi cechami powinien się charakteryzować fotograf?
P.P.- Fotograf winien wykazać wiele cech: uważną obserwację świata
winien łączyć ze zmysłem analizy i syntezy, po wybraniu interesującego
go obiektu winien ocenić rozkład elementów i zaprogramować układ kompozycyjny,
a nade wszystko musi "myśleć fotograficznie" i wykorzystać wszystkie
aspekty zastane w miejscu fotografowania, przewidując przydatność rozmaitych
elementów, przedmiotów i oświetlenia. Bliżej pragnę ocenić sylwetkę
fotografa - pejzażysty. Wymagane cechy to cierpliwość, umiejętność
przewidywania sytuacji (na przykład przemian oświetlenia), uparte dążenie
do celu. Niekiedy pejzażysta musi charakteryzować się szybkością i refleksem
fotoreportera. W sytuacji, gdy na ułamki sekund pojawiają się w krajobrazie
ekstremalne światła (na przykład reflektora słonecznego odsłoniętego
przez szczelinę w chmurach). Dobry fotograf musi myśleć i patrzeć. Człowiek
patrząc na krajobraz dostrzega w nim jedynie tyle, ile zgromadził doświadczeń
i wiedzy o przedmiocie swoich obserwacji. Uważna obserwacja i analiza
napotkanego krajobrazu pozwala mu pełniej poznać i odkryć nowe cechy
w pejzażu, co z kolei wzbogaca jego wiedzę o krajobrazie. Równie pożyteczne
dla fotografa są doświadczenia związane z tworzywem i warsztatem fotograficznym.
Te doświadczenia spożytkowane w praktyce powiększają możliwości wyrazu
artystycznego. W praktyce mistrzów kamery wyodrębnić można dwie postawy.
Intelektualista programuje swoje zainteresowania, wcześniej rozpoznaje
przedmiot swoich zainteresowań, a w pejzażu poszukuje pożądanych cech
krajobrazu. Niekiedy jednak tych cech nie odnajduje w terenie. Wówczas
poszukiwacz może zmienić styl pracy i rozpocząć "polowanie z kamerą".
Po prostu należy zachować czujność i reagować na rozmaite napotkane
walory krajobrazu.
Ł.Z.- Kiedyś podczas zajęć Pan Tadeusz Rolkę oglądając czyjeś zdjęcia
powiedział takie zdanie, że "to nie jest fotografia, to jest zdjęcie".
Czy istnieje jakieś kryterium według Pana, które pozwala odróżnić "zdjęcie"
od "fotografii"?
P.P.- Od lat trwają nieporozumienia związane z brakiem prawidłowej nomenklatury
z zakresu fotografii. Twórcy i krytycy spierają się o problem, widząc
go w ten sam sposób, lecz określając go różnymi nazwami. Wielu autorów
twierdzi, że fotografia jest "dobra" lub "zła".
Ł.Z.- To jest subiektywne odczucie.
P.P.- Dodam, że odbiór zdjęć i sposób ich oceny zmienia się z upływem
czasu. O wielu zdjęciach mówimy, że są nieciekawe. Dotyczy to w sposób
szczególny fotografii ukazującej nasze codzienne otoczenie oraz ludzi
tkwiących w szarej rzeczywistości, do której przywykliśmy, Ale ta, dla
nas banalna fotografia, po stu latach może zafascynować naszych potomków,
może ujawnić prawdę o zamierzchłych czasach, może potwierdzić wygląd
miejsc i osób już nie istniejących. Mądry fotograf w zdjęciach rejestrowanych
"z potrzeby chwili" zawiera elementy ponadczasowego przesłania adresowanego
do następnych pokoleń.
Ł.Z.- Chciałem się zapytać o taką rzecz jak sprzęt. W ciągu tylu lat
fotografował Pan wieloma aparatami. To praktycznie cała historia rozwoju
techniki fotograficznej. Od jakiego zaczynał Pan aparatu?
P.P.- Miałem wiele aparatów fotograficznych, ale nie miałem takich,
jakich naprawdę potrzebowałem. W czasach mojego startu fotograficznego
w Polsce nie było dostępu do sprzętu o standardach światowych, a jeżeli
pojawił się poszukiwany model, jego wysoka cena skutecznie hamowała
możliwość jego nabycia. Fotografowie używali sprzętu amatorskiego.
Moim pierwszym aparatem była "Zorka", a następnie "Praktisix" i "Pentaconsix",
aparaty średniego formatu 6 x 6 cm. Jedyne dostępne w naszej socjalistycznej
rzeczywistości aparaty często psuły się, lecz umożliwiały wykonanie
fotografii o odpowiednio wysokich parametrach. W ostatnim okresie stosuję
japońskie aparaty pn. "Mamiya", lubię fotografować modelem Press 6
x 9 cm, a ponadto używam aparatu małoobrazkowego marki "Olympus". Aparaty
działają niezawodnie, choć mogą już pełnić funkcje eksponatów muzealnych.
Niekiedy w terenie spotykam kolegów - fotografów, którzy mówią: "To
już muzeum". Wszystkie modele moich aparatów są sprawne, a to jest właściwie
jedyne kryterium oceny aparatu. O jakości fotografowania decyduje nie
sprzęt, ale człowiek który uruchamia skomplikowaną "maszynę" fotograficzną.
Uważam, że nawet skromnymi środkami można stworzyć wybitne dzieła. Są
tego liczne przykłady: Diana Arbus posługiwała się starymi modelami
aparatów, a jej prace funkcjonują wśród najwybitniejszych osiągnięć
fotografii światowej.
Ł.Z.- Jakimi materiałami Pan fotografuje? Co Pan preferuje - slajdy
czy normalne negatywy?
P.P.- W ostatnim okresie fotografuję prawie wyłącznie na diapozytywach
(średni format), z których również istnieje możliwość wykonywania powiększeń
na papierze fotograficznym. Żałuję, że nie mogę fotografować w procesie
negatyw - pozytyw z osobistym opracowywaniem fotogramów w ciemni. Przed
kilkoma laty ujawniło się uczulenie na chemię fotograficzną: nie mogę
pracować w ciemni, nie mogę opracowywać autorsko ukształtowanych powiększeń.
Ł.Z.- Jakich slajdów Pan używa?
P.P.- Najczęściej Fuji Provia 100 F typ 120 (średni format). Moje aparaty
fotograficzne są ciężkie, w teren zabieram kilkanaście kilogramów sprzętu.
Ł.Z.- W fotografiach jest zawarta cząstka fotografującego?
P.P.- Tak, zawsze. Chyba, że mamy do czynienia ze zdjęciem zrobionym
po prostu bezmyślnie. Takie zdjęcia można wykonywać coraz łatwiej. Obserwuję
kolejne ułatwienia procesu fotografowania, postęp automatyki i rosnącą
sieć laboratoriów obrabiających naświetlone materiały. Uważam, że ta
pozorna łatwość fotografowania stanowi największe zagrożenie dla fotografii,
tej z ambicjami twórczymi. Bo po co fotograf ma się wysilać - pstryk
- i zdjęcie gotowe, dodajmy że to zdjęcie zawsze wyjdzie! Dla poważnej
twórczości fotograficznej ten uproszczony model fotografii jest nie
do zaakceptowania. Kluczem do twórczości fotograficznej jest autorskie
ukształtowanie obrazu, poczynając od pracy z aparatem fotograficznym,
poprzez obróbkę materiału negatywowego, aż do autorsko opracowanego
fotogramu. Autorskie ukształtowanie obrazu dotyczy również autorów fotografii
cyfrowej. Większe możliwości techniczne tej fotografii powiększają zagrożenie
spłycenia wyników. Łatwość zniekształcenia obrazu i możliwości manipulowania
obrazem stanowią istotne zagrożenie dla procesu twórczego. Fotografia
ambitna wymaga indywidualnego wkładu pracy jej autora. Poradniki i podręczniki
fotograficzne zapewniają, że fotografia jest łatwa i przyjemna, co
sprawdza się przy masowej fotografii amatorskiej. Fotografa - twórcy
nikt nie może zwolnić od myślenia, patrzenia i przeżywania, Metody pracy
artystów są różne i zależą od cech charakterologicznych fotografa.
Ł.Z.- Na przykład.
P.P.- Napotykamy fotografa, który pracuje bardzo szybko i wykonuje
dużą ilość ekspozycji, może liczy na szczęśliwy przypadek i udany wynik.
Nie można wykluczyć, że do takiego stylu pracy fotograf jest po prostu
przygotowany, posiada doświadczenie wielu lat pracy, w ułamku sekundy
ocenia układ kompozycyjny i inne elementy procesu twórczego. Powstaną
piękne i w pełni autorsko ukształtowane fotografie. Inny fotograf pracuje
z rozwagą, wolno. Rozpatruje elementy kompozycji obrazu, sposób oświetlenia,
a nawet rodzaje skojarzeń i refleksji mogących towarzyszyć obrazowi.
Niezależnie od sposobu pracy fotografa, powstające obrazy należy opracować
i nadać im ostateczną formę dzieła nadającego się do publicznej prezentacji.
Ł.Z.- Czy w obrazie mają być zawarte emocje fotografującego?
P.P.- Emocje i przemyślenia. Nie da się tego oddzielić. Fotograf jest
żywą istotą realizującą skomplikowany proces twórczy.
Ł.Z.- Czy używa Pan jakieś filtry przy fotografowaniu?
P.P.- Jeżeli jest taka potrzeba to oczywiście tak. Filtry są niezbędne
w przypadku, gdy zachodzi potrzeba poprawienia warunków rejestracji
lub skorygowania niedoskonałości materiału negatywowego. W fotografii
czarno-białej używam filtrów żółtych i pomarańczowych w celu skorygowania
barwoczułości (czarno-biała emulsja jest bardziej uczulona na promieniowanie
niebieskie) oraz filtrów ultrafioletowych dla odcięcia nadmiaru UV w
oświetleniu słonecznym. Filtrów czerwonych używam niekiedy do uzyskania
efektu specjalnego "czarnego nieba". W fotografii barwnej stosuję filtry
korygujące temperaturę barwy oświetlenia, filtry połówkowe dla skorygowania
zbyt jasnego nieba oraz filtry polaryzacyjne. Świadomie rezygnuję z
używania nasadek i tak zwanych efektów specjalnych. Wyniki ich użycia
uważam za sztuczne i manieryczne. Posiadam te filtry, lecz nie stosuję
ich w pejzażu. Uważam, że nie należy niszczyć pięknej struktury stworzonej
przez naturę.
Ł.Z.- Czyli nie można wprowadzać efekciarstwa do fotografii. A jakie
są inne - oprócz krajobrazu - obszary Pana fotograficznych zainteresowań?
P.P.- Na początku mojej drogi fotograficznej starałem się pracować
z różnymi tematami, pociągał mnie cały otaczający mnie świat, praktycznie
wypróbowałem wszystkie znane tematy fotograficzne. W niektórych obszarach
osiągałem liczące się sukcesy. Na przykład jako pierwszy polski autor
miałem eksponowaną pracę na światowej wystawie fotografii (reportażowej)
Karla Pawka pn. "Kobieta", na wystawie fotografii sportowej z okazji
Igrzysk Olimpijskich w Monachium otrzymałem medal, na Międzynarodowym
Salonie Fotograficznym VENUS otrzymałem złoty medal za akt fotograficzny,
miałem również prezentacje fotocollage w dwóch rocznikach prestiżowego
almanachu fotografii reklamowej "Photographis". Od początków fotografowania
wykonywałem również opracowania specjalne, między innymi techniki tonorozdzielcze,
a wśród nich solaryzację, relief i izohelię, nagradzaną medalami na
kolejnych międzynarodowych salonach izohelii. Różne obszary tematyczne
i różne problemy warsztatowe były dla mnie ćwiczeniem, które doskonaliło
sposób patrzenia na świat oraz usprawniało warsztat fotograficzny. Zawsze
wracałem do krajobrazu. Wszystkie ważne doświadczenia artystyczne realizowałem
w mojej wybranej ojczyźnie artystycznej, na Ziemi Kieleckiej.
Ł.Z.- Fotografuje Pan także rybim okiem.
P.P.- Od wielu lat zamierzałem sprawdzić możliwości deformacji obrazu
w obiektywie ultraszerokokątnym. Dopiero w latach 80-tych ubiegłego
wieku możliwe było nabycie obiektywu typu "rybie oko". Po wykonaniu
serii fotografii okazało się, że obiektyw jest narzędziem unikalnym,
a sposób jego widzenia zbliżony jest do patrzenia oka człowieka. W
środku pola widzenia ostro, a na krańcach pola zagięcie linii prostych
w naturze. Obiektyw sprawdził się znakomicie w terenie, którego rejestracja
standardowym sprzętem była bardzo utrudniona. Powstał obszerny zestaw
"krajobrazów z przednim planem", które prezentowałem na wielu wystawach
indywidualnych i zbiorowych, a niemiecki "Fotomagazin" - Monachium
1987 nr 7 zamieścił obszerne portfolio i artykuł pn. "Polen aus der
Tonne".
Ł.Z.- Pewna część Pana dorobku to są akty. Mam takie może przewrotne
pytanie - co jest wdzięczniejszym obiektem do fotografowania: kobieta
czy krajobraz?
P.P.- Niewątpliwie akt jest jednym z najtrudniejszych tematów do fotografowania.
W swoich pracach przedstawiałem intymne pejzaże kobiecego ciała, a
niekiedy akty umieszczałem w krajobrazie. Na I Wystawie "Akt i portret"
pn. VENUS w Krakowie - 1970 r. otrzymałem złoty medal za pracę pn.
"Afrodyta". Nie ma w fotografii tematów "łatwych". Każdy wymaga od twórcy
wkładu pracy i odrobinę talentu. Niejednokrotnie spotykałem się z atakami
kolegów, którzy twierdzili, że krajobraz jest tematem łatwym do sfotografowania.
Kolegów z grupy "Stodoła-60" zaprosiłem na plener kielecki, przyjechali
raz, drugi i trzeci. Po powrocie powiedzieli: "fotografuj te krajobrazy
dalej". Już nie było dyskusji, że krajobraz jest tematem łatwym do
sfotografowania! Bowiem wszystko, cokolwiek chce się zrobić dobrze,
wymaga wielkiego wkładu pracy.
Ł.Z.- I serca, prawda?
P.P.- Nie ma sztuki bez uczucia. W swoim artystycznym testamencie Jan
Bułhak zawarł znamienne przesłanie: "Fotografujcie sercem". Ten skrót
myślowy nie był w sposób właściwy odczytany przez następców, a przez
to wyśmiewany i wyszydzany. O potrzebie miłości, która jest ponad wszystko,
piękne słowa głosi Papież Jan Paweł II. Również w sztuce, autorskie
miłowanie i przeżywanie jest warunkiem zaistnienia dzieł o walorach
ponadczasowych.
Ł.Z.- Czy podczas swoich fotograficznych plenerów wędrował Pan samemu
czy w grupie?
P.P.- W terenie lubię pracować sam, w intymnym kontakcie z krajobrazem,
w wyciszeniu i uspokojeniu, bez patrzenia na zegarek, bez samochodu,
Ścieżkami i bezdrożami łatwiej dotrzeć do miejsc, w których krajobraz
ujawnia fotografowi pilnie strzeżone oblicze. Wybraną ojczyzną artystyczną
jest dla mnie kraina "Między Wisłą a Pilicą". Po latach pracy w terenie
udało mnie się zebrać w miarę kompletną dokumentację walorów przyrodniczych
i kulturowych tego pięknego regionu w albumie pod tym właśnie tytułem.
Fotografowałem również inne regiony Polski i świata. Mam swoje ulubione
krainy, do których chętnie wracam. Materiały z tych wędrówek zaprezentowałem
na wystawie indywidualnej pn. "Wędrówki fotografa" w 1989 roku. Często
również organizowałem zbiorowe wyjazdy fotografów w teren, spotkania,
sympozja czy plenery. Przez wiele lat organizowałem życie fotograficzne
w gronie kieleckim i w środowisku fotografów polskiego pejzażu. W trakcie
zbiorowych wyjazdów w plener wykonano wiele ciekawych fotografii, które
Koledzy włączyli do swoich tek autorskich.
Ł.Z.- Czy są takie miejsca, które by Pan chciał sfotografować, a których
Pan nie sfotografował? To niekoniecznie Polska.
P.P.- Oczywiście, są. Takim regionem są na przykład góry w południowych
Chinach, charakteryzujące się występowaniem licznych ostańców skalnych
porośniętych lasem. Trafiłem do Chin w 1989 roku, lecz moja wyprawa
artystyczna zakończyła się porażką. W drugim dniu pobytu rozpoczęły
się demonstracje na Placu Tien-An-Men w Pekinie, wszystkich cudzoziemców
usunięto z Chin. W Polsce ulubionymi regionami są Góry Stołowe, Suwalszczyzna,
czy teren Podlaskiego Parku Krajobrazowego nad Bugiem.
Ł.Z.- Naprawdę czasami oglądając Pana zdjęcia, to aż się dziwię - gdzie
to było robione? Bo to jest, żartobliwie mówiąc, niemożliwe, żeby zrobić
takie zdjęcia, takich krajobrazów.
P.P.- Wszystko jest możliwe. Trzeba chodzić, poznawać teren i ukochać
swoje fotograficzne tematy.
Ł.Z.- Artysta - fotograf - czy to jest dobry zawód?
P.P.- Ocena zależy od zastosowanych kryteriów. W moim przypadku mogę
stwierdzić, że udało mnie się przeżyć trudne okresy, czerpiąc dochód
z uprawianej sztuki fotograficznej. Fotografia jest terminem rozległym,
obejmuje obok twórczości pejzażowej, między innymi twórczość reklamową,
rzemiosło oraz fotografię wykonywaną dla celów wydawniczych. Tylko
niektóre z wymienionych dziedzin są w potocznym pojęciu lukratywne.
Uważam, że fotografia opłaca się osobom zajmującym się usługami fotograficznymi.
Nie interesowałem się zarabianiem pieniędzy (reklama, rzemiosło), podejmowałem
wysiłki, aby żyć z twórczości fotograficznej i z honorariów za reprodukcję
fotografii w albumach. W ostatnim okresie praca nad wydawnictwami przynosi
mnie straty: nieprecyzyjne, jednostronne i krzywdzące autorów umowy
oraz wzrastająca konkurencja. Rynek nie interesuje się artystyczną fotografią.
Ł.Z.- Zapytam się inaczej: czy jakby Pan miał możliwość wybrania swojego
zawodu jeszcze raz czy wybrałby Pan fotografię?
P.P.- Tak, wybrałbym fotografię. Fotografia jest moją pasją i zawodem.
Jest moim życiem.
P.P.- Przyjaźnię się z Edwardem Hartwigiem, często wspominam jedno
z naszych spotkań. Będąc w Toruniu zapragnąłem odwiedzić wyspę na Wiśle
zwaną Kępą Bazarową, gdyż usłyszałem, że rośnie na niej rzadki i chroniony
gatunek trawy "Ostnica Jana". Wynająłem łódź, która przewiozła mnie
na wyspę i miała ponownie przybyć za 2-3 godziny. Na wyspie spotkałem
Edwarda Hartwiga, przywitaliśmy się wylewnie. Fotografowania już nie
było, pogoda przełamała się i zabrakło warunków do fotografowania krajobrazów.
Usiedliśmy na przewróconych pniach, a w trakcie rozmowy wykonałem serię
portretów mojego przyjaciela z aparatem fotograficznym w dłoni, może
było ponad pięćdziesiąt różnych ujęć. Dałem Mu odbitki, zdziwił się,
że tak dużo. Po kilkunastu latach specjalnie podziękował mnie za zdjęcia,
które zostały opublikowane we wszystkich katalogach, albumach i wywiadach
naszego wybitnego artysty fotografika.
Rozmowa odbyła się 23 kwietnia 2003 r. w Kielcach
Rozmawiał: Łukasz Zarzycki.
|