|
Ogłoszony w ubiegłym
roku przez ministra kultury "Rok Gombrowiczowski" , przypadający na
100 - lecie urodzin autora "Trans - Atlantyku", już tuż, tuż, bo w nadchodzącym
roku, a tu jakby zapomina się o niszczejących pozostałościach wielkiego
majątku rodziny pisarza.
Nie ma już żadnego śladu po dworze w Małoszycach, gdzie przyszedł na
świat i zabawiał się z chłopakami wiejskimi, "siekał batami żaby". I
tylko zostały dziś z dawnych Małoszyc właśnie żaby kumkające z zarastającej
coraz bardziej podworskiej sadzawce. To w niej pływał sobie łódeczką
zanim wyruszył wielkim okrętem oceanicznym na emigrację do Argentyny.
Nic też nie ocalało z Jakubowic - majątku nabytego przez dziada pisarza
po przyjeździe z Litwy do Królestwa. Dwór był parterowy, murowany, miał
10 pokoi. W kościele we Wszechświętym Marian Witold był chrzczony. W
parafii nikt nie ma głowy do szukania dokumentów z podpisami Gombrowiczów.
Na cmentarzu w Przybysławicach groby Gombrowiczów zarastają zielskiem
i niszczeją. Tu leży dziad Onufry, do końca nieprzytomnie tęskniący
za Litwą. Do grobu kazał sobie włożyć woreczek z tamtejszą ziemią. Obok
babka Antonina, ojciec Jan i brat Janusz. Matka Gombrowicza zażyczyła
sobie, by spocząć z dala od męża, w Kielcach. Jednak jej grób także
jest w fatalnym stanie. Szczęściem upomniał się o jego renowację profesor
Jan Pacławski, a prezydent Wojciech Lubawski go wysłuchał. W przyszłym
roku ma być odnowiony. W majątku brata Janusza w Potoczku trudno nawet
znaleźć ślady po leśniczówce, gdzie mieszkał i gdzie tak chętnie bywał.
Jeszcze bardziej tragicznie jest w Bodzechowie, majątku jego matki.
Dwa skrzydła pięknego, zabytkowego dworu dawno się już rozpadły, bo
nikt ich nie remontował, waliły się, więc i marniały. W pozostałym skrzydle
był PGR i zdewastowano wszystko. Piękny park okalający dwór opisany
w "Pornografii" stał się śmietnikiem i publiczną ubikacją. Dowiedzieliśmy
się nieoficjalnie, że zbezczeszczono groby Kotkowskich na cmentarzu
w Denkowie. Wykonane z miedzi litery sprzedano na złom. Dawnej krążyły
plotki i różne zmyślenia o rzekomym bogactwie tej rodziny. Krążyły opowieści,
że ludzie ci byli chowani w trumnach ze srebra. Strach pomyśleć, że
hieny cmentarne mogą zacząć rozkopywać groby. W dodatku piękna kaplica
Kotkowskich niszczeje w oczach.
Podczas "Pikniku gombrowiczowskiego", jaki miał miejsce we wrześniu
br. w Dołach Biskupich, Joanna Siedlecka, autorka kultowej już książki
pt. "Jaśnie panicz" opowiadała mi o losach rodziny wielkiego pisarza.
- Proszę pana, część z tych ludzi zabrała wojna, ale większość zmarła
w PRL-u w nędzy i opuszczeniu. Jako byli ziemianie, przedstawiciele
dawnego świata zostali przez nowy system brutalnie wywłaszczeni, skazani
tym samym na wegetację. A niektórzy z nich - tak np. jak jego brat Janusz
- na proces i więzienie, które zabrało mu zdrowie. Witold Gombrowicz
wystąpił tu w roli swego rodzaju soczewki skupiającej obraz zmierzchu
i rozpadu świata ziemiańskiego, ziemiańskiej kultury też, bowiem ukazał
upadek, ruinę, dekadencję starego rodu. Umarłą klasę. Powojenne dzieje
rodziny Gombrowiczów niemal klasycznie to zobrazowały. Co więcej, pozwoliły
lepiej zrozumieć jego niektóre życiowe wybory, np. emigrację.
Jaką zatem widać nadzieję na ratunek? Myślę, że takim kołem ratunkowym,
który płynie na ratunek jest powstała w 2001 r. roku Fundacja im. Witolda
Gombrowicza "Witulin". Przewodniczącą Rady Fundacji została Jolanta
Pol z Muzeum Literatury im. Adama Mickiewicza w Warszawie, a pomagają
jej ostrowieccy animatorzy kultury i miłośnicy twórczości Gombrowicza
- wiceprzewodniczący rady Zbigniew Tyczyński oraz prezes Zarządu Fundacji
Włodzimierz Szczałuba. Jak zapowiedzieli, w przyszłym roku w Dołach
Biskupich w Witulinie ( miejscowości podarowanej Witoldowi przez ojca,
stąd nazwa wywodząca się od imienia Witold) ma być wybudowane muzeum
Gombrowicza. I to będzie pierwszy poważny krok mający na celu ratowanie
całej spuścizny po wielkich rodach Gombrowiczów i Kotkowskich. Wypada,
więc zakończyć właśnie Gombrowiczem z przedmowy do "Trans - Atlantyku":
"(...)Buch - bach, Buch, - bach i hańba, hańba, i tylko rumieniec. A
jednak nie! Jednak nie traćcie nadziei!(...)"
Urodził się 4 sierpnia 1904 roku w Małoszycach, w rodzinie ziemiańskiej.
Na ziemi opatowsko - sandomierskiej spędził dzieciństwo. Po ukończeniu
prawa na Uniwersytecie Warszawskim w 1927 roku wyjechał do Paryża, gdzie
studiował filozofię i ekonomię. Poświęcił się jednak wyłącznie literaturze.
W 1933 roku wydał zbiór opowiadań zatytułowany "Pamiętnik z okresu dojrzewania".
Od 1934 roku pracował jako krytyk literacki m.in. w "Kurierze Porannym".
W 1937 roku wydał swoją pierwszą powieść "Ferdydurke".
W końcu sierpnia 1939 roku wypłynął transatlantykiem "Chrobry" do Argentyny.
Zastała go tam wojna. Po długiej przerwie, gdyż kilka lat w celu dorywczego
zarobkowania pracował w Banku Polskim w Buenos Aires, twórczość literacką
wznowił dramatem "Ślub" oraz powieścią "Trans-Atlantyk" (wydane w Paryżu
w 1953 roku). W tym samym czasie rozpoczął prowadzenie "Dziennika".
W 1960 roku ukazała się powieść "Pornografia", której akcja toczy się
w okupowanej Polsce.
Dzięki rozgłosowi swoich książek Gombrowicz otrzymał w 1963 roku roczne
stypendium Fundacji Forda na pobyt w Berlinie Zachodnim. Po okresie
berlińskim Gombrowicz spędził parę miesięcy w Paryżu, potem w Royaumont
i w La Messuguiere koło Grasse. Od października 1964 roku mieszkał w
Vence na południu Francji. Wydał w 1965 roku następną powieść - "Kosmos"
i sztukę "Operetka" (1966). W 1968 roku ukazała się wydana po polsku
i francusku książeczka "O Dantem". W maju 1967 roku otrzymał Międzynarodową
Nagrodę Literacką Wydawców (Prix Formentor) za powieść "Kosmos". Ostatnie
lata spędził w Vence, gdzie zmarł 24 lipca 1969 roku.
Witold Gombrowicz, delikatnie mówiąc, nie był lubiany w pereelowskiej
Polsce właśnie za swoją twórczość i publiczne krytyczne wypowiedzi.
Przykładowo "Dziennik", obok znakomitego, wnikliwie-ironicznego komentarza
do własnej twórczości, jest zapisem duchowej i intelektualnej postawy
pisarza wobec zasadniczych problemów, zwłaszcza powojennego humanizmu,
obserwacji Polski z odległości umożliwiającej sceptyczny dystans do
rodzimych sporów. Jest to portret Polski gorzki, niechętny nowym i starym
stereotypom, krytyczny zarówno wobec nowych fascynacji, jak starych
uprzedzeń. Ten krytyczny ton "Dziennika" sprawił, że twórczość Gombrowicza
usiłowano w PRL skazać na zapomnienie lub na szczątkową zaledwie obecność
w czytelniczej świadomości.
Dopiero po wydaniu kompletu jego dzieł w 1987 r. przez "Wydawnictwo
Literackie", rozpoczął się pośmiertny triumfalny powrót pisarza - przede
wszystkim jako dramaturga, a w obliczu zbliżającego się w przyszłym
roku 100 - lecia urodzin i ogłoszonego przez ministra kultury "Roku
Gombrowiczowskiego" - jako pisarza w pełni, a także, jako Polaka rodem
z krainy świętokrzyskiej.
Na powrót do kraju bardzo namawiał autora "Trans - Atlantyku" ówczesny
attache kulturalny w Argentynie Tadeusz Breza, argumentując tym, że
"dostanie jeszcze Nobla i dopiero będzie wstyd dla Polski". Gombrowicz
postawił wówczas następujące warunki: "Przyjedzie po mnie Gomułka lub,
co najmniej Cyrankiewicz! I zostanę wybrany prezesem polskiego PEN Clubu."
Zapytał także o koszty takiego powrotu. Gdy dowiedział się ile to kosztuje,
zrezygnował. Tak oto motywując w liście do Brezy: "(...) A jeśli, jak
piszesz, trzeba 200 franków bulić, to się wstrzymam. Bóg zapłać za życzliwe
pośrednictwo(...)". Oczywiście, teraz wiadomo, że ta śmieszna kwota
nie była głównym, ani jakimkolwiek innym powodem tego, że nigdy fizycznie
nie powrócił do kraju. Odpowiedź, dlaczego, czytelnik znajdzie w jego
twórczości
Andrzej Piskulak
|